Serwis Edukacyjny PTOK :: Dla Mediów :: W onkologii najważniejszy jest człowiek

 

Dla Mediów


27.11.2008

W onkologii najważniejszy jest człowiek


O problemach polskiej onkologii, szkoleniu lekarzy, etyce i roli mediów w kształtowaniu świadomości społecznej z prof. dr. hab. med. Markiem Pawlickim, redaktorem naczelnym „Onkologii w Praktyce Klinicznej", rozmawia Małgorzata Stępień.


 


 

- Pierwszy numer „Onkologii w Praktyce Klinicznej" ukazał się w 2005 roku, początkowo jako kwartalnik. Jaki cel przyświecał powstaniu tego periodyku?
- Już w zamierzeniu „Onkologia w Praktyce Klinicznej" miała się różnić od czasopism o podobnej tematyce, zamieszczających własne doniesienia badawcze, prace konieczne do zrobienia habilitacji czy doktoratu a rzadziej artykuły problemowe. Celem powstania pisma była prezentacja najnowszych kierunków w onkologii, z możliwie najmniejszym opóźnieniem w stosunku do publikacji źródłowych. Mieliśmy ambicję stworzenia czasopisma o najnowszych kierunkach i metodach leczenia, a nie edukacji na podstawowym szczeblu onkologicznym. Chcieliśmy, by pismo informowało o wynikach badań, odkryć czy nowych metodach leczenia farmakologicznego, ale w sposób obiektywny i krytyczny. Bez ulegania naciskom przeróżnych firm, nie rezygnując jednak ze współpracy i dyskusji na temat preparatów wprowadzanych na rynek. Chcieliśmy obiektywnie powiedzieć, jakie są w tej chwili nowe leki, dotyczące na przykład terapii celowanych, zarówno z korzyściami, jak i z przeciwwskazaniami.

- W ciągu trzech lat edycji „Onkologia w Praktyce Klinicznej" okrzepła, stając się dwumiesięcznikiem. Jaką pozycję zajmuje obecnie na polskim rynku prasy onkologicznej?
- Uważam - i to wcale nie dlatego, że akurat pełnię funkcję jej redaktora naczelnego - że zajmuje ona pozycję ważną i wyjątkową: mamy ambicję w możliwie najszybszym czasie po ukazaniu się w dowolnym miejscu na świecie wyników badań, odkryć czy nowych metod leczenia zaprezentować je na naszych łamach polskim onkologom. Mamy dyspozycyjnych autorów, piszących na najwyższym, światowym poziomie, najlepszych ekspertów w swych dziedzinach. W ten sposób zapewniamy wysoki poziom i wiarygodność naszych publikacji. W „Onkologii" najnowsze doniesienia mają zdecydowany priorytet nad doborem tematycznym numeru: jeśli na przykład błyskawicznie zmieniała się taktyka leczenia raka okrężnicy, to my zamieszczaliśmy trzy kolejne artykuły w trzech kolejnych wydaniach, by być na bieżąco. Czytający nas onkolog niekoniecznie musi wykorzystywać w leczeniu te najnowsze trendy, o których piszemy, bo na przykład nie ma takich możliwości. Ważne jest jednak, by wiedział, jakie leczenie jest najbardziej optymalne i z czasem mógł je zastosować. Dążymy do tego, by lekarz, mający rocznik „Onkologii w Praktyce Klinicznej" mógł uczciwie powiedzieć: mam tu wszystko na temat najnowszych światowych badań i metod leczenia, nie muszę szukać informacji w Internecie czy jeździć na kongresy. Problemem jest tylko zbyt mały nakład pisma - dwa tysiące egzemplarzy oraz dystrybucja ograniczona w zasadzie do prenumeraty. Uważam, że nasz dwumiesięcznik powinien być dostępny także w księgarniach medycznych. Mam jednak nadzieję, że z czasem tak się stanie.

- Jak widzi Pan - jako redaktor i autor wielu publikacji książkowych, w tym także tych popularnych - rolę mediów w kształtowaniu społecznej świadomości onkologicznej?
- Myślę, że dziennikarze mają możliwość zrobienia wiele dobrego dla tej sprawy, ale zarazem i wiele złego. Z racji ogromnej władzy nad umysłami odbiorców mogą szerzyć prawdziwe i obiektywne fakty, tępić zaś te fałszywe, w tym pokutujące od lat w społecznej świadomości mity. Podam pewien przykład. Wyleczalność chorób nowotworowych w Polsce jest dwa razy mniejsza, niż w Stanach Zjednoczonych, głownie z powodu kiepskiej diagnostyki i zbyt późnego zjawiania się pacjentów. Jednak najważniejszym pozamedycznym czynnikiem, wpływającym na poprawę wyników leczenia w Stanach Zjednoczonych, jest tam dobra medialna polityka informacyjna! Tamtejszy system ubezpieczeń pozwala pacjentom na wykupienie dodatkowych opcji, ale jednocześnie uzależnia ubezpieczenie od regularnych badań kontrolnych, co skutkuje wczesnym zgłaszaniem się chorych do lekarza. Dodatkowym atutem jest oprzyrządowanie do wczesnej diagnostyki, w zależności od ubezpieczenia, łatwo i szybko dostępne. Nam brakuje nie tylko dobrej propagandy audiowizualnej, ale i warunków organizacyjnych i kadrowych do prowadzenia skutecznych akcji profilaktycznych i diagnostycznych. Brak wreszcie współpracy onkologów z mediami. Uważam, że dobry artykuł umieszczony w poczytnym czasopiśmie może uratować życie nawet kilkuset osób! Z pewnością poprawiłoby to dramatyczne statystyki, z których wynika, że co piąty pacjent w Polsce zbyt późno zgłasza się do lekarza, u co czwartego lekarz za późno rozpoznaje chorobę nowotworową, a co siódmy umiera z powodu zastąpienia zaleconej przez onkologów terapii metodami niekonwencjonalnymi. Dlatego dziennikarze powinni zwracać uwagę nawet na tak błahe z pozoru sformułowania, jak na przykład określenie: „umarł na śmiertelną chorobę". Sugeruje ono, że raka nie da się wyleczyć, a przecież tak nie jest. Podobnie jest z hasłem: „Rak we wczesnych stadiach jest wyleczalny". Wynika z niego, że w późniejszych stadiach jest niewyleczalny, a to nieprawda, bo na przykład rak szyjki macicy w III stopniu jest wyleczalny w ponad 30 procentach, a w IV - w blisko 10 procentach. W wielu przypadkach rak nawet w IV stopniu zaawansowania daje szansę przeżycia - niewielką, ale wiarygodną. Stąd wniosek, że nośne hasło medialne - rozpowszechniane w najlepszej wierze, ale nie do końca przemyślane, może kryć w sobie przekłamania, które zamiast podnieść na duchu, tylko niepotrzebnie przygnębią i załamią chorych. Wiele czasopism, tak zwanych kolorowych czy sensacyjnych, publikuje także artykuły sponsorowane o „rękach, które leczą", różnych cudownych specyfikach i urządzeniach, rzekomo zwalczających raka. Jeśli już muszą to robić ze względów finansowych, to niech chociaż zamieszczą w ramce krótki komentarz lekarza onkologa. Czytelnik ma prawo do obiektywnej informacji! - Niedawno jakiś hochsztapler rozrzucił na terenie Centrum Onkologii w Warszawie ulotki informujące, że za 100 tysięcy złotych wyleczy każdą chorobę, w tym onkologiczną, pod warunkiem odstawienia zaleconych leków i przerwania terapii. Sprawę natychmiast nagłośniono w mediach, ale problem nie jest nowy. Z Pańskich obserwacji wynika, że co piąty chory na raka decyduje się na takie właśnie „leczenie". - Z moich badań wynika także, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat na raka umarło blisko pięć tysięcy osób w wyniku wyłącznego stosowania różnych niekonwencjonalnych metod. Tacy chorzy często aż do śmierci ślepo wierzą swemu „terapeucie". Jedna z moich pacjentek miała bardzo dużego guza sutka. Z tego guza, który cały czas rósł, wylewała się ropa. Kobieta jednak aż do śmierci ufała swojemu bioenergoterapeucie, który jej wmówił, że właśnie w ten sposób nowotwór wychodzi z jej ciała. Bardziej jednak niż ludzie, mieniący się uzdrowicielami, szkodzą różnego rodzaju zielarze, ordynujący specyfiki, które nie tylko nie pomagają, ale również rujnują finansowo rodzinę chorego.

- Tu dotykamy naszej siermiężnej rzeczywistości. Jeden z ostatnich artykułów wstępnych do „Onkologii w Praktyce Klinicznej" poświęcił Pan dramatycznym warunkom, w jakich chorzy na nowotwory oczekują na przyjęcie przez lekarzy. Wielogodzinne oczekiwanie w tłoku na konsultacje, często poprzedzone równie długą podróżą z odległej miejscowości, brak miejsc do siedzenia, walka z bólem i strachem.
- Uważam, że lekarz powinien widzieć w pacjencie drugiego człowieka: często zagubionego w natłoku sprzecznych informacji, czasem nieufnego, ale zawsze słabszego partnera, wymagającego pomocy lekarskiej, psychicznej, a niekiedy także socjalnej. Jestem przerażony, gdy widzę bezduszność, a czasem bezradność niektórych moich kolegów czy pielęgniarek. Czy w przychodniach onkologicznych nie można postawić więcej krzeseł i foteli, saturatora z wodą mineralną, zapewnić opiekę życzliwej pielęgniarki? Dla mnie osobiście ważny jest los starszych ludzi chorych onkologicznie. Po leczeniu wypisuje się ich do domu, nawet nie pytając, czy ma się nimi kto zająć. Nie wystarczy tu pomoc równie wiekowego współmałżonka, który sam wymaga opieki. Domy opieki, nawet za całą emeryturę pensjonariusza ze słoną dopłatą rodziny, nie chcą przyjmować chorych onkologicznie, bo zapewnienie specjalnej pielęgnacji i wizyt lekarza kosztuje. Do hospicjum też taki pacjent nie trafi, jeśli zostało mu jeszcze trochę życia. Ci chorzy po prostu umierają, skazani na samotność, cierpienia i odleżyny, a jak mają szczęście - wizytę siostry środowiskowej raz czy dwa w tygodniu. A kto zrobi zakupy, ugotuje, posprząta, nakarmi? Gdy wypisuję do domu starszych pacjentów, przynajmniej próbuję ustalić, czy chory ma zapewnioną opiekę domową, czy ma się nim kto zająć. Zgon takiego samotnego pacjenta, leżącego po śmierci kilka dni w domu, nie należy, niestety, do wyjątkowych zdarzeń. Czasem piszę listy do lekarzy w ich ośrodku z prośbą o zapewnienie stałej opieki pielęgniarsko-szpitalnej lub choćby wizyt pielęgniarki środowiskowej. Obawiam się jednak, że lekarz stwierdzi, że nie ma takich możliwości i wyrzuci list do śmieci. Dlatego uważam, że istnieje paląca konieczność stworzenia oddziałów dla przewlekle chorych onkologicznie. Ich koszt nie byłby duży, jakieś sto złotych dziennie, bo nie potrzeba tu ani wielu lekarzy, ani uzbrojonych łóżek, specjalistycznego sprzętu i masek tlenowych, jak w hospicjach. Na taki oddział dla trzydziestu chorych wystarczy jeden lekarz, który zrobi poranny obchód, trzy-cztery pielęgniarki, dwie rehabilitantki i kilka salowych. Na południu Polski, gdzie pracuję, na styku województwa kieleckiego i podkarpackiego, na przestrzeni zaledwie siedemdziesięciu kilometrów kwadratowych stoi aż pięć dużych szpitali i jeden mały. W niektórych z nich aż 30 procent łóżek od lat jest tam niewłaściwie wykorzystywana. Stworzenie tam oddziałów hospicyjnych byłoby bezcenne dla samotnych pacjentów, a dla szpitala opłacalne finansowo.

- I tak doszliśmy do finansów. Na działający od trzech lat Narodowy Program Zwalczania Chorób Nowotworowych ustawa przewiduje wydanie 3 miliardów złotych w ciągu dziesięciu lat. Jak mają się te kwoty do realnych potrzeb?
- Narodowy Program Zwalczania Chorób Nowotworowych ma na swym koncie i sukcesy, i porażki. By miał on sens, trzeba go na bieżąco korygować. A moim zdaniem, wymaga on poważnych korekt, głównie w metodach szkolenia dla onkologów i modernizacji programów specjalizacyjnych, zwłaszcza takich, jak ginekologia onkologiczna czy chirurgia i pulmunologia. A pieniądze? To z pewnością dużo, ale zależy, na co będą wydane. Jeśli na poprawę wczesnej diagnostyki, która jest w polskim leczeniu onkologicznym najsłabszym punktem, począwszy od wiedzy lekarskiej, poprzez odpowiedni sprzęt i badania, to warto je zainwestować. Natomiast jeśli zostaną utopione na szerzenie wiedzy onkologicznej wśród pacjentów, za pomocą broszurek propagujących nawet najsłuszniejsze hasła, to moim zdaniem, efekt będzie niewspółmierny do wysiłków i kosztów... Wiedzę tę można upowszechniać znacznie tańszymi metodami, począwszy od pracy każdego onkologa ze swoimi pacjentami.

- Czy właśnie dlatego za obowiązkową lekturę dla pacjentów swojego macierzystego oddziału chemioterapii w Krakowie uznał Pan książki wielokrotnego zwycięzcy Tour de France, amerykańskiego kolarza Lance'a Armstronga Mój powrót do życia i Liczy się każda sekunda? Z czasem dołączyła do nich książka Kamila Durczoka Wygrać życie. Niewielu lekarzy poleca swym pacjentom czytanie takich książek.
- Uważam, że wszystko, co podnosi pacjentów na duchu i zachęca do zmierzenia się z chorobą, jest cenne. Te książki są bardzo realistyczne i szczere, a ich autorzy nie promują się poprzez chorobę nowotworową, bo ich pozycja jest już ugruntowana. Książki Armstronga są dla mnie optymalne, bo pisze on o swym nieszczęściu, a potem o wygranej w sposób rzeczowy i zwyczajny, bez otoczki „cudownych" zdarzeń. Książki, które uważam za wartościowe i wiarygodne, mają wzbudzić w pacjencie wolę walki. Jednym słowem: „bądź gotowy na baty, ale nie daj się znokautować". Pacjent zawsze musi widzieć jakieś szanse, jeśli nie na wyleczenie, to choćby na przedłużenie życia. Bez cierpienia, w akceptowalnym komforcie. Zaszczepiona choremu wiara, że za rok czy dwa pojawi się nowa szansa na leczenie, może zdziałać bardzo wiele.

- Wola walki daje nadzieję i przykład innym, nawet jeśli nie kończy się szczęśliwie, czego dowiodła dzielna postawa naszej siatkarki Agaty Mróz. Dlatego obok ponad dwustu prac naukowych jest Pan także autorem książek popularyzujących wiedzę o nowotworach wśród pacjentów, ich rodzin i lekarzy pierwszego kontaktu. Podkreśla Pan w nich wagę wiedzy i świadomości pacjenta w procesie leczenia. Książki: Rak. Nadzieje i rozczarowania czy Rak piersi - nowe nadzieje i możliwości leczenia były wielokrotnie wznawiane.
- Rzeczywiście, wspomniane książki od lat cieszą się popularnością i chętnie są czytane. Ta o raku sutka miała największy w powojennej Polsce nakład wśród książek medycznych. Wiem, że czytają ją chorzy, zdrowi i lekarze, podobnie jak publikację o raku okrężnicy. Uważam, że ludzi trzeba edukować i uświadamiać, docierać różnymi kanałami: poprzez publikacje naukowe, popularne, pamiętniki, artykuły, wywiady prasowe i telewizyjne. Ważne, by pacjent miał możliwie obiektywną i pełną wiedzę na temat nowotworu. Po opublikowanej trzy lata temu pierwszej części moich pamiętników, niedawno złożyłem do druku drugą, a mam nadzieje, że zdążę napisać i trzecią. Niewiele osób o nich wie, bo ich nie reklamuję, poza tym książki te nie mają ambicji literackich: nie opisują mojego życia prywatnego, a losy moich pacjentów. Przyświecał mi tu cel podtrzymania chorych na duchu, zachęcenia do badań profilaktycznych i kontrolnych...

- ...bo te wykonujemy najczęściej w zaawansowanym stadium nowotworu, jak wynika z opublikowanego w kwietniu raportu naukowców z „Lancet Oncology". Stwierdzono w nim także, że w leczeniu niemal wszystkich rodzajów raka, Polska jest na samym końcu europejskiej listy, z wynikami o połowę gorszymi niż Szwecja, Austria, Francja czy Stany Zjednoczone.
- To prawda, że do onkologa zgłaszamy się znacznie później niż można by było. Jednak w tym raporcie występuje przekłamanie już w samej ocenie, bo wyniki leczenia w poszczególnych stopniach zaawansowania mamy porównywalne z Francją czy Niemcami, a w niektórych nowotworach - na przykład w raku nerki - nawet lepsze! Także wynik wyleczeń raka szyjki macicy w I stopniu jest taki sam, jak we Francji: 95 procent. Czyli w poszczególnych stopniach leczymy podobnie jak w Europie, choć trochę gorzej niż w Stanach Zjednoczonych. Natomiast w wymienionych krajach, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, chorych w mniej zaawansowanych stopniach jest prawie trzykrotnie więcej, co rzutuje nie tylko na ogólne wyniki, ale i drastycznie obniża koszty leczenia. Na niekorzyść globalnych wyników leczenia w Polsce przemawiają tylko wyniki obejmujące łącznie odsetki przeżyć chorych niezaawansowanych i zaawansowanych. A ponieważ skład kliniczny chorych w Polsce cechuje się znaczącą przewagą pacjentów leczonych dopiero w zaawansowanych okresach choroby, to wyniki leczenia są gorsze. Poza tym w raporcie podano wyniki z wyselekcjonowanych placówek. Pacjenci z publicznych szpitali Europy i Rosji, często ubodzy, niedożywieni, czasem wyniszczeni alkoholem i narkotykami, a więc słabsi biologicznie, mają mniejsze szanse na wyzdrowienie.

- Być może w takiej sytuacji mogłaby pomóc terapia genowa? Czy rzeczywiście już niedługo procedurę leczenia nowotworów będzie poprzedzać sporządzenie testu profilu DNA, by zaordynować właściwe leczenie, co sugeruje zespół genetyków onkologów ze Szczecina pod kierunkiem profesora Jana Lubińskiego?
- My już na zjeździe PTOK jesienią zeszłego roku mówiliśmy o dużych możliwościach wykorzystania cisplatyny w pewnych rodzajach leczenia, więc potwierdzam jej skuteczność. Rzeczywiście, gdy testy genetyczne będą kosztować tyle, by stać było na nie pacjentów, lub refundowało je państwo, zapewne taka właśnie będzie procedura leczenia nowotworów, uzależniona od diagnostyki genetycznej. Jednak przedtem trzeba dokładnie zbadać, które geny odpowiadają za dany rodzaj nowotworu, jak wpływają na dobór leku i jego dawkowanie, a to zajmie kilka, a bardziej realnie kilkanaście lat! Podobnie dzieje się z opracowaniem nowego preparatu leczącego dany nowotwór, gdzie najpierw trzeba przebadać 400 tysięcy związków chemicznych, z nich wyodrębnić do ostatecznych prób około 4 tysięcy, do prób na zwierzętach wybrać 10-12 preparatów, z których próbom klinicznym poddaje się 2-3 leki. Od takiego wynalazku i selekcji musi upłynąć jeszcze 5-7 lat, zanim lek będzie gotowy i poddany testom. Jak widać, to długa i żmudna droga, prowadząca do powolnego, lecz stałego postępu w leczeniu nowotworów.

- Gdyby miał Pan możliwość przeprowadzenia gruntownej reformy w polskim lecznictwie onkologicznym, jakie podjąłby Pan działania?
- Przede wszystkim - co powtarzam do znudzenia od lat - należy zdecydowanie podnieść poziom szkolenia onkologicznego wśród lekarzy pierwszego kontaktu, bo niewielu z nich jest w stanie rozpoznać zmianę nowotworową, a przynajmniej ją podejrzewać na podstawie wywiadu i wstępnego badania ambulatoryjnego. Pacjent bywa więc leczony na coś zupełnie innego, a tymczasem guz rośnie. Swego czasu przedstawiłem dokładny projekt takiego szkolenia, który zamknąłby się roczną kwotą 6,5 milionów złotych. Po czterech latach zyskalibyśmy poprawę stanu klinicznego rzędu 20 proc., a więc drastycznego obniżenia kosztów leczenia! Moim zdaniem, wystarczyłby 10-16-godzinny kurs szkoleniowy, organizowany co 12-18 miesięcy, nie centralnie, a w poszczególnych województwach. Ale państwo musi go sfinansować, zwolnić lekarzy z pracy na czas szkolenia, zwrócić koszty dojazdu, a przede wszystkim, wydać odpowiednie zarządzenie, że taki kurs jest obowiązkowy pod rygorem utraty prawa do wykonywania zawodu! Tematem kursu ma być diagnostyka, oparta na najprostszych instrumentach: słuchawce, rękach i wywiadzie z pacjentem. Dobrze przeprowadzony wywiad zapewnia 70-80 procent ustalenia możliwości istnienia choroby nowotworowej. Następnie taki lekarz musi mieć bazę placówek onkologicznych, by wiedzieć, gdzie od razu skierować chorego, bez tracenia cennego czasu. Tymczasem z badań wynika, że co trzeci pacjent traci prawie cztery miesiące na spotkaniu z lekarzem pierwszego kontaktu, bo ten albo nic nie stwierdza i każe zgłosić się za 2-3 miesiące, albo kieruje go kolejno na badanie krwi, rentgen, USG, tomografię... zamiast od razu do onkologa. Powoduje to nie tylko niepotrzebnie stres i cierpienie, ale i drastyczny wzrost kosztów leczenia, bo zmiany nowotworowe zdążyły się rozrosnąć, przerzucić. Wspomnę tylko, że koszt leczenia I stopnia nowotworu wynosi 70-120 tysięcy złotych, podczas gdy III-IV stopnia już 700-800 tysięcy! Czy stać nas na taką rozrzutność?! Równolegle - o czym już wspominałem - utworzyłbym oddziały dla przewlekle chorych onkologicznie. Według mnie, argumenty o braku środków na realizację takiego szkolenia nie mają racji bytu: pozwólmy współfinansować takie kursy różnym firmom, niekoniecznie farmaceutycznym. Może na przykład jakiś deweloper chciałby zrobić coś dobrego? Potem można by było starać się o refundację chociaż części kosztów z funduszy Unii Europejskiej. Myślę, że brakuje tu dobrej woli, a my wolimy leczyć skutki choroby za ogromne pieniądze, zamiast im zapobiegać. Przy okazji tracimy z oczu najważniejszą w tym wszystkim osobę - pacjenta, powodując jego niepotrzebne cierpienia. Pamiętajmy, że w onkologii ważny jest nie tylko czas przeżycia chorego, ale również warunki, w jakich to leczenie się odbywa i świadomość, że nie jest on obojętny lekarzowi, który prowadzi leczenie. „Onkologia w Praktyce Klinicznej", dwumiesięcznik Polskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej, jest poświęcony wyłącznie aspektom edukacyjnym. Pismo przeznaczone jest zarówno dla lekarzy w trakcie specjalizacji z onkologii klinicznej, jak i dla praktyków, którzy mogą tu znaleźć prace poglądowe podsumowujące aktualny stan wiedzy w poszczególnych zagadnieniach oraz krytyczne omówienia standardów diagnostyczno-terapeutycznych w onkologii. Pismo nie stroni od zagadnień rzadkich i kontrowersyjnych. Jego interaktywny charakter polega na zachęcaniu czytelników do przysyłania uwag i komentarzy oraz artykułów o charakterze edukacyjnym. Młodzi adepci onkologii klinicznej, którzy nie ukończyli jeszcze 35. roku życia, są zachęcani do nadsyłania interesujących przypadków klinicznych. Są one nagradzane w drodze konkursu, a autorzy najciekawszych artykułów edukacyjnych czy analiz szczególnie interesujących przypadków klinicznych, mają szansę ubiegać się o stypendia na dowolny kongres na świecie w celu zaprezentowania swojej publikacji. Polska onkologia wymaga zmian systemowych i szkoleniowych.


powrót »



Wydawnictwo Via Medica
COPYRIGHT BY VIA MEDICA, WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE.
Via Medica, ul. Świętokrzyska 73, 80-180 Gdańsk, tel.: (0 58) 3209494, faks: (0 58) 3209460, viamedica@viamedica.pl

Strona pochodzi z serwisu www.ptok.pl.